Łańcuch pokoleń

Łańcuch pokoleń

Patrzymy dziś na tych wszystkich, któ­rzy tworzyli naród. Którzy przez pokolenia swoim życiem, pracą, modlitwą, od­niesieniem do Boga, męstwem sprawili, że my teraz, w dwudziestym pierwszym wie­ku, możemy być na tej ziemi. Możemy być wolni. Możemy dokonywać wyborów, które po ludzku i po Bożemu będą wyborami słusznymi i dobrymi, i rozwijającymi nas zgodnie z tym, co powiedziane jest w Ewangelii o naszym Mistrzu i Zbawicielu Jezusie Chrystusie, że „wzrastał w mądrości u Boga i u ludzi”.

Jakikolwiek sens ludzkiego życia i owoc istnienia tego czy innego narodu za­wie­ra się w tych słowach, że człowiek rozwija się w tym, co ludzkie, co stanowi o jego god­ności i wartości, a także w tym, co Boże, co absolutnie przekracza człowieka, bo jest łaską. Człowiek potrafi przyjmować skarby i otwierać się na to, co jest wielkie.

Jeśli istniejemy jako naród na tej ziemi i w tym momencie, doko­nało się to dzię­ki wszystkim naszym braciom i siostrom, którzy przed nami żyli i chcieli się otworzyć na wielkie skarby, które są w człowieczeństwie, i na te, które podarował nam Bóg. Ich wszystkich z niesamowitą wdzięcznością wspominamy. Wspominamy tych, którzy są dobrze znani każdemu Polakowi przez to, że zajmowali ekspo­nowane miejsca w tym narodzie.

Wspominamy każdego człowieka, który z równą gorliwością otwarł się na wiel­kie dobra człowiecze i Boże, a o którym nie wiemy nic, dlatego że żył w swoim domo­wym zaciszu. Ale żył w sposób w pełni odpowiedzialny, kształtując człowieczeństwo własne i tych, którzy byli mu najbliżsi.

Wspominamy z wdzięcznością każdego ojca i każdą matkę, którzy na polskiej ziemi wzrastali w uczciwości, dobroci i otwartości serca. To oni sprawili, że w momentach kluczowych, w chwilach pełnych dramatu ten naród się ostał. Także wówczas, kiedy przyszła ogromnie ciemna i długa noc niewoli, kiedy na sto dwadzieścia trzy lata wymazano imię Polski z mapy Europy. To oni sprawili, że przyszła jutrzenka wolności.

To wszystko obejmujemy wielką wdzięcznością. Dziękujemy za każdego z nich. Prosimy Boga, abyśmy nie okazali się marnotrawcami. Abyśmy to wielkie dzieło podjęli. Abyśmy chcieli w nie wejść. Abyśmy sami potrafili dostrzegać te skarby, które miesz­czą się w naszym ludzkim życiu, i te niezmierne dary Boże, które nasze człowieczeństwo przekraczają.

Modlimy się , aby każdy człowiek na polskiej ziemi chciał naprawdę wykorzystać dary, które Bóg mu daje. Tak jak to zrobił w sposób fantastyczny św. Marcin. Przemierzył wiele krajów, bo był żołnierzem. Urodził się na terenie dzisiejszych Węgier, a służbę pełnił we Włoszech. Po przyjęciu chrztu związał się z narodem francuskim.

Jego rodzice byli poganami, ale kiedy miał dziesięć lat, spotkał się z chrześ­cija­na­mi. Choć rodzice nie zgadzali się na chrzest, a i bis­kup bał się go chrzcić bez zgody ojca, dopiął swego. Jako dwudziestotrzyletni czło­wiek przyjął chrzest, a następnie poszedł drogą niesamowitej świętości. Drogą niezwykłego otwarcia na Boga i niezmiernego wejrzenia w drugiego człowieka. To właśnie on ofiarował w zimie biedakowi swój płaszcz. Następnie we śnie zo­baczył Chrystusa, który podziękował mu za to i powiedział: „Dziękuję ci, Marcinie, za to, że Mnie okryłeś”.

Dzisiaj zastanawiamy się nad tym, w jaki sposób mamy pociągnąć dalej ten łańcuch pokoleń, który został nam dany – z pomocą przychodzi nam Ewangelia. Znajdujemy w niej takie słowa Jezusa: „byłem głodny, a daliście Mi jeść. Byłem sprag­niony, a daliście Mi pić. Byłem nagi, a przyodzialiście Mnie”.

Obyśmy umieli żyć nimi, wypełniać je w codziennym życiu – w stosunku do najbliższych, a także w stosunku do tych wszystkich, którzy pojawiają się na drodze naszego życia jako są­sie­dzi czy zupełnie przypadkowi ludzie.

Święty Marcin okrył drżącego z zimna człowieka płaszczem. Ubo­giego, który nie miał odzienia.

Dzisiaj jest tylu ludzi, którzy mają odzienie, a chodzą nadzy. Cho­dzą nadzy na własną zgubę. Na własną hańbę. Wielu jest takich, którzy nawet o tym nie wie­dzą. Ta bajka o królu, który jest nagi, w przedziwny sposób realizuje się w naszym życiu. Jakiej trzeba miłości, jakiego wejrzenia w nędzę drugiego, aby móc czło­wie­ka nagiego (z własnego wyboru, na własną hańbę) okrywać, aby przemawiać do jego serca, aby mógł zrozumieć swoją nędzę, aby chciał kształtować właściwie swoje czło­wie­czeństwo. Jakiej trzeba miłości. Jaka to paląca potrzeba dzisiaj!

Byłem głodny”. „Byłem spragniony”. Jakiego trzeba otwarcia na głód i na pragnie­nie drugiego człowieka. Na głód i pragnienie fizyczne. Ale jakiego trzeba przenikliwego spojrzenia na głód i pragnienie miłości. Może przede wszystkim w na­szych rodzinach.

Głód słowa, którego mają prawo oczekiwać dzieci od swoich rodziców. Głód sło­wa pełnego otwarcia, pełnego życzliwości, pełnego ciepła. Głód bliskości drugiego czło­wieka, który jest, do którego można przyjść, z którym można porozmawiać. Moglibyśmy mówić o wielkich przestrzeniach tego głodu, który dotyka nieraz tych, którzy mają wszy­st­kiego pod dostatkiem, a jest to głód niesamowicie dotkliwy.

Dziękujemy Bogu. Jesteśmy przeogromnie wdzięczni, że nie musimy przelewać krwi za nasz naród, że nikt w tym momencie na nas nie napada. Ale – dziękując Bogu – przy­kładajmy się, aby nie niszczyć tego wielkiego daru, aby umieć rozwijać i budować.

O to prośmy dla siebie, o to prośmy dla każdego Polaka, dla każdego ojca, dla każdej matki. A także o odwagę, o męstwo, byśmy umieli tych wartości i skarbów bronić. Aby to wszystko, co niesiemy jako dziedzictwo pokoleń, nie zostało przez naszą głupotę, małoduszność i zgodę na zło zniszczone.

ks. Kazimierz Skwierawski