Trzej królowie

Trzej królowie

Dzisiejsza uroczystość jest popularnie zwana świętem Trzech Króli. Jednak po wysłuchaniu relacji św. Mateusza możemy zdecydowanie powiedzieć, że nie ma w niej mowy o żadnych królach, a jedynie o mędrcach, i to bez podania, ilu ich było. Nie wiemy, czy wymieniona liczba pochodzi od trzech darów, które zostały przyniesione Zbawicielowi, czy ma inne źródło. Możemy się jedynie domyślać, że jednym z powodów nazwania ich królami był szacunek, z jakim zostali przyjęci przez Heroda.

Moglibyśmy się też zastanawiać, dlaczego w Ewangelii są nazwani mędrcami. Może dlatego, że byli bardzo uważnymi obserwatorami świata i – patrząc przez pryzmat swoich zainteresowań na wspaniałe dzieło stworzenia – dostrzegli jego Stwórcę. Musieli być wnikliwymi badaczami nieba, skoro – patrząc w gwiazdy – odczytali, że jedna z nich sygnalizuje im jakąś bardzo ważną wiadomość: oto na świecie narodził się Ktoś, kto zmieni całkowicie jego oblicze. Zrozumieli, że nie mogą pozostać obojętni wobec tego znaku, lecz trzeba im powstać i wybrać się w daleką i nieznaną drogę, aby Go odnaleźć.

Może dlatego zostali nazwani mędrcami, bo w Księdze Mądrości jest napisane: „Głupi [już] z natury są wszyscy ludzie, którzy nie poznali Boga: z dóbr widzialnych nie zdołali poznać Tego, który jest, patrząc na dzieła, nie poznali Twórcy” (13,1).

A im z pewnością nie możemy tego zarzucić, bo zachwyceni światem, dostrzegli w nim rękę Stwórcy, przez którego wszystko się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało – jak to pięknie ujął św. Jan Ewangelista (por. J 1,3). Oni nie tylko odkryli tę prawdę, ale równocześnie zrozumieli, że jest to coś więcej niż okazja do poszerzenia wiedzy – chodzi bowiem o rzeczywistość, która diametralnie zmienia życie człowieka! Dlatego w sposób zdecydowany podejmują trudną wędrówkę, wytrwale pokonując przeszkody, bo jako ludzie mądrzy wiedzą, że jasność widzenia nie zawsze jest ostra – trzeba im więc iść i pytać, i szukać. Są o tym przeświadczeni i to ich dodatkowo mobilizuje do wyruszenia w nieznane. Ich rozumowanie i wynikające z niego postępowanie winny być także dla nas pouczającymi wskazówkami. Jeśli bowiem rzeczywiście na świecie narodził się Ten, który jako jedyny ma moc zmienić jego oblicze, to znaczy, że odtąd nasze życie nie może już być takie samo. My także musimy się odmienić, bo tylko wtedy będziemy mogli się spotkać z Tym, który nas do siebie z wielką mocą przyciąga.

Mędrcom objawił się Bóg, chociaż nie należeli do narodu wybranego. Ale to właśnie na nich spełniły się słowa Izajasza: „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło” (9,1). My nie musimy szukać prawdy, spoglądając – tak jak oni – w gwiazdy. Dana nam została łaska wiary i to ona winna nas prowadzić do niebieskiego Jeruzalem, skąd owo Dziecię przyszło na ziemię. Właśnie tam mamy nieustannie podążać. W żaden sposób nie możemy przy tym ulegać iluzji, że zdobyliśmy już całą wiedzę o Bogu. Wprawdzie jesteśmy w sercu wiary, przy świetle, którym jest Chrystus, ale przysłowie uczy, że najciemniej jest pod latarnią. Jakże sprawdziło się ono na przedstawicielach narodu żydowskiego, którzy powinni być najlepiej przygotowani na moment przyjścia Zbawiciela. Przecież zwołani przez Heroda arcykapłani i starsi ludu znali doskonale proroctwo o Mesjaszu, który ma się narodzić w Betlejem, ale nowina, którą przynieśli wędrujący poganie, wcale ich nie uradowała.

W tym momencie historyczne wydarzenie, które uobecnia dzisiejsza liturgia, przyjmuje dla nas aktualne i bardzo osobiste znaczenie. Od wielu bowiem lat jesteśmy otoczeni pełnią światłości, którą przyniósł Chrystus. Mamy nieustanny dostęp nie tylko do Jego darów, których nawet mędrcy nie wyczytali z gwiazd – ale do Niego samego, bo pozostał z nami na zawsze w swoim słowie i świętych sakramentach. To tutaj jest nasze Betlejem i pełna blasku Jerozolima. Świątynia jest przecież miejscem, w którym Bóg zamieszkał i czeka wciąż na tych, którzy przyjęli wiarę i tworzą wraz z Nim jeden święty Kościół.

O co trzeba nam dziś szczególnie pytać i co poddać głębokiej refleksji? Powinniśmy odpowiedzieć sobie w prawdzie, z jaką postawą wobec wieści o przyjściu na świat Zbawiciela się utożsamiamy. Czy podziwiamy mądrość tych, którzy – choć mieli wielką wiedzę – jednak podjęli trud dalekiej wędrówki, by na własne oczy przekonać się o tym, co wyczytali z gwiazd, a następnie z pokorą uklękli przed Bożym Dziecięciem i złożyli Mu swoje dary? Oni po spotkaniu ze Zbawicielem wracali już inną drogą! Czy my też mamy w sobie tę mądrość, by zmienić drogi naszego życia na Boże, skoro z wiarą wyznajemy, że właśnie dla nas się narodził i dla naszego zbawienia przyszedł?

Czy może bliżsi są nam owi uczeni ludu, którzy wiedzieli, gdzie ma się narodzić Mesjasz, znali wszystkie prorockie zapowiedzi, ale w żaden sposób nie poruszyło to ich serc i umysłów i nie wpłynęło na podjęcie jedynej mądrej decyzji, by iść, zobaczyć, oddać pokłon i pokornie adorować Zbawiciela.

Pytajmy więc odważnie: Kim naprawdę jestem w mojej wierze – pokornym mędrcem czy pysznym uczonym ludu? Jaka jest moja postawa wobec tego, że Bóg się objawił i dał się poznać także poganom? Czy doceniam Jego dalekowzroczność, dzięki której i ja znalazłem się w Kościele?

Prośmy Pana, by sprawił, aby zdobyta przez nas wiedza przeobrażała zawsze ku dobru każde działanie. I by było w nas owo dążenie mędrców, dążenie nadające naszemu życiu prawdziwie Boże tempo, które powinno wciąż wzrastać, jeśli chcemy dotrzeć do celu i spotkać się ze Zbawicielem już na zawsze.

ks. Kazimierz Skwierawski